NLN_Occupy_Wall_Street

Joanna Kusiak: Nie bądźmy tacy mądrzy!

fot. Thomas Good (cc) wikimedia.org

Podziały geopolityczne nie są wieczne, często jednak okazują się wyjątkowo trwałe, a fantomowe, niewidoczne granice działają jeszcze długo po tym, jak upadną mury i zwinięte zostaną druty kolczaste. Fantom żelaznej kurtyny, ciągle dość wyraźnie dzieli społeczeństwa europejskie pod względem ideologii i wyborów politycznych na Zachód i Europę Środkowo-Wschodnią i okazuje się na tyle mocny, by zatrzymać rozlewającą się po Europie falę protestów przeciwko brutalności społecznej antysocjalnego, nieuregulowanego kapitalizmu. Poza mur berliński ruch oburzonych co najwyżej przecieka drobnymi strużkami – od kilkuset osób protestujących 15 października w Warszawie do kilkudziesięciu w Bukareszcie. W Berlinie tymczasem protestowało ok. 4 tys. osób (a także 5 tys. przed Europejskim Bankiem Centralnym we Frankfurcie i jeszcze łącznie kilka tysięcy w innych niemieckich miastach), w Londynie 2 tys., w Nowym Jorku 10 tys., a w najbardziej oburzonym Madrycie – dziesiątki tysięcy. Czy nie mamy się czym oburzać i czy naprawdę się nie oburzamy?

Gdyby nie grupa licealistów w Warszawie, marszu oburzonych nie byłoby wcale. Oburzenie kilkuset młodych ludzi wywołało natomiast pełne pobłażliwości oburzenie sporej grupy prawicowych publicystów oraz pełną pobłażliwości obojętność studentów, miejskich i kulturalnych aktywistów, z których Warszawa podobno słynie (z wyjątkiem Fundacji Bęc Zmiana, która przygotowała haftowany proporzec „Pierdolę, nie robię”, do powieszenia na Giełdzie), jak również hipsterów z Placu Zbawiciela, którzy, jak pisała Helena Chmielewska-Szlajfer po raz kolejny okazali się nawet nie hipsterami (których od zawsze definiowała antysystemowość), a jedynie ich estetycznymi awatarami z wystaw H&M. Bogate dzieci z Placu Zbawiciela, niebiedni publicyści „Rzeczpospolitej”, a także bogaci oraz biedni studenci prestiżowych kierunków na UW i SGH (zazwyczaj bardzo zajęci praktykami i pracą po godzinach) z pobłażliwą wyższością patrzą na grupę „bogatych dzieciaków” z liceum, wytykając im błędy organizacyjne, jak również wysokość czesnego w ich liceum. Nawet właściciele modnych miejskich kawiarń na fejsbuku wytykają protestującym bywalcom ich kawiarń, że są bywalcami ich kawiarń. Polska opinia publiczna przyjęła postawę starego mędrca, który poucza, że zamiast protestować, dzieci powinny wziąć się do roboty.

Czy jednak mędrzec wierzący w klasyczną wersję american dream (twój sukces zależy wyłącznie od twojej pracy i talentu) w czasach, gdy w american dream nie wierzy już nawet Ameryka, jest rzeczywiście mędrcem czy raczej jednym z tych zakurzonych profesorów, którzy natychmiast po habilitacji przestają czytać książki i obserwować rzeczywistość, opierając swój autorytet jedynie na wieku, tytule i przeszłych dokonaniach? Nie przypadkiem Jeffrey Sachs, który pomagał kiedyś Balcerowiczowi dokonywać w Polsce „terapii szokowej”, dziś pisze książki o społecznej cenie globalnego kapitalizmu, podczas gdy sam Leszek Balcerowicz nigdy poza swoje pierwotne poglądy nie wyszedł. Ci, którzy doświadczyli niedoborów realnego socjalizmu, ciągle i kontrfaktycznie uważają każdą krytykę obecnej wersji kapitalizmu za ryzyko powrotu realsocu. Z kolei studenci, którzy po studiach mają w większości ogromne problemy ze znalezieniem w Polsce pracy (często jakiejkolwiek, a tym bardziej takiej, która pozwoliłaby na wynajęcie mieszkania w Warszawie), nadal wierzą, że sobie jakoś poradzą, lepiąc indywidualne strategie przeżycia ze staży, umów śmieciowych i stert naczyń w Londynie. To prawda – jak zauważa Karolina Wigura – że w większości przypadków te indywidualne strategie zapewniają im (przynajmniej w wymiarze konsumpcyjnym) nieco lepsze życie niż życie ich rodziców w realnym socjalizmie. Pytanie brzmi jednak, czy i kiedy jeżdżąc na stypendia Erasmusa i rodząc dzieci w londyńskich szpitalach, polska młodzież dostrzeże, że każde środkowoeuropejskie „lepiej” jest jednak gorsze od niemieckiego kryzysowego „gorzej” i że w organizacji naszego społeczeństwa poukrywanych jest mnóstwo niesprawiedliwości, które braliśmy do tej pory za naturalny stan rzeczy.

Polscy młodzi ciągle jeszcze w większości są apolityczni, przede wszystkim w tym sensie, że nie potrafią dostrzec swojej sytuacji ekonomicznej jako określonej sytuacji politycznej, za politykę uważając wyłącznie Smoleńsk i krzyż, a już nie np. bezpłatne praktyki w prywatnych przedsiębiorstwach. Są apolityczni w tym sensie, że z całą mocą nie wierzą, że mają jakikolwiek wpływ na szerszy kontekst sytuacji, w jakiej się znajdują i że jedyne, co im pozostaje, to samodzielnie przeć do przodu. Ucząc przez dwa lata na Uniwersytecie Warszawskim, z pewnym przerażeniem (wzmocnionym – przyznaję – tym, że wpadłam w realia polskiego uniwersytetu prosto z uniwersytetu niemieckiego) obserwowałam, jak trudno jest polskiemu studentowi głośno i stanowczo powiedzieć „To niesprawiedliwe” w sytuacji, w której niesprawiedliwość bezpośrednio go dotyczy, i jak dużo łatwiej przychodzi mu (lub jej) za zamkniętymi drzwiami negocjować coś dla siebie z pojedynczą profesorką czy doktorem. Jak często ciała wybrane po to, by bronić interesów poszczególnych grup, same wypuszczają do tych grup komunikat „Eee, na to nie możemy/nie możecie mieć żadnego wpływu”. I wszyscy od razu czują się mądrzejsi, wierząc w to, że mądrzej jest poradzić sobie samemu i próbować indywidualnie obejść system, niż wspólnie zaprotestować przeciwko jego niesprawiedliwości. Owa mądrość, spływająca do nas z panteonów opinii publicznej, najbardziej przypomina mi strategię jednej w moich wychowawczyń w przedszkolu, która w wypadku trudno rozwiązywalnej kłótni dwójki dzieci brała słabsze na stronę i mówiła „Bądź mądrzejszy, ustąp mu”, ewentualnie próbując jeszcze przekupić je jakąś doraźną korzyścią. Tego typu mądrość wyjątkowo często jest wyłącznie przykrywką dla barbarzyństwa, ostatecznie bowiem nie chodzi w niej o żadne racje, a wyłącznie o chłodny rachunek sił. To, co w ramach tej mądrości sprzedaje się nam jako etykę samodzielności i pracy, okazuje się koniec końców pokorną afirmacją siły silniejszego.

W prawie dwumilionowej, europejskiej metropolii Warszawie jedynie grupa licealistów okazuje się młodymi i głupimi na tyle, by zamiast „mądrości” wybrać sprawiedliwość społeczną, i by pokazać swoje zaangażowanie, wystawiając się na szyderstwa „mądrzejszych”. Pytanie, czy będzie rewolucja młodych w Polsce, jest zatem pytaniem o ich wytrzymałość i o to, na ile młode pokolenie uwierzy jednak w swoje własne siły i to, że nie musimy biernie czekać, jaką zmianę przygotują dla nas Unia Europejska i Zachód, ale możemy – MOŻEMY – aktywnie i na równych prawach współtworzyć zmianę. To do tych, którzy nie chcą być mądrzejsi i ustępować silnym, skierowane jest jedno z haseł Occupy Wall Street: „Myślisz, że słabi nie mogą przeszkadzać silnym? Spróbuj zasnąć w pokoju, w którym jest jeden bzyczący komar”.

Joanna Kusiak – doktorantka w Instytucie Socjologii UW i Technische Universität Darmstadt, stypendystka Fulbrighta na City University of New York, mieszka na Brooklynie. Pisze doktorat o miejskiej rewolucji w Warszawie. Członkini redakcji „Kultury Liberalnej”.

Tekst ukazał się w „Kulturze Liberalnej” w numerze z 18 października: www.kulturaliberalna.pl 

 

 

Dodaj komentarz