1311256576-0001oo-1000x706

Wąska pustelnia miejska

Najlepszym gruntem do działania architekta są ograniczenia. To one, w przeciwieństwie na przykład do praktyki projektanta mebli, najbardziej rozbudzają wyobraźnię, kierują w stronę rozwiązań, które w innym przypadku nigdy by nam nie przyszły do głowy. Z architektem Jakubem Szczęsnym (tak, to znowu on!) o jego projekcie superwąskiego domu-pustelni rozmawia Paulina Sieniuć.

<<< Jakub Szczęsny, Ermitaż

Zaprojektowałeś dom na warszawskiej Woli dla znakomitego izraelskiego pisarza Etgara Kereta. Projekt powstał w ramach festiwalu WolaArt i nosi nazwę Ermitaż. Czyli pustelnia, miejsce przeznaczone do samotnych rozmyślań. Czy w środku miasta, między budynkami, w domu, który w najszerszym miejscu ma 155 centymetrów, można stworzyć przestrzeń idealną dla odosobnienia?
Od kilku lat kłębiły mi się w głowie pomysły na różne miejsca schronienia, małe nisze przypominające gniazda tarantuli, niecki, różne formy komór deprywacyjnych. Jednocześnie dzielę z innymi architektami fantazję na temat projektowania w miejscach ekstremalnych, na uskokach skalnych, w jaskiniach czy na dachach wieżowców (odsyłam do prac Richarda Hordena oraz amerykańskich cliff houses rodem z Zabriskie Point Antonioniego). Zresztą pisząc te słowa, siedzę w domu z lat 60. XX wieku, przytulonym do zbocza granitowej góry w norweskim Dale.
Idąc kiedyś ulicą Chłodną, stanąłem oko w oko z wąską jak kaniony Doliny Śmierci przerwą między budynkami. Pomysł zaczął się układać w jedną całość. Zresztą z Centralą ku naszemu zdziwieniu projektujemy domy tylko w miejscach o silnej charakterystyce: na superwąskich jak na polskie warunki działkach w Wilanowie (9,5 metra szerokości) i Siekierkach (11,5 metra szerokości) oraz w środku gęstego lasu, gdzie praktycznie nie możemy wyciąć ani jednego drzewa.

Czy projekt domu dla pisarza będzie inny niż projekt domu dla, dajmy na to, robotnika? Na ile projektujesz „pod zleceniodawcę”, abstrahując od jego możliwości finansowych? Co w największym stopniu determinuje twoje projekty – funkcja, przestrzeń do wykorzystania, zleceniodawca, teza/idea? Jaka jest hierarchia tych determinantów?

W wypadku domu Kereta sytuacja była odwrotna niż w „zwykłym” życiu. Wiedząc, że chcę zrobić miejsce dla samotnie oglądającego nas obserwatora- myśliciela, zacząłem grzebać w głowie w poszukiwaniu takowego. Szukałem różnych przykładów samotniczych praktyk duchowych, oczywiście pojawiła się pustynia egipska, Atanazy, św. Antoni, Szymon Słupnik. Potrzebowałem kogoś, kto będzie na nas patrzył z boku, może lekko z ukosa, ale nie stanie w pozycji wywyższającej się. Wtedy wyłonił się Keret, który wylądował w mojej świadomości gdzieś na początku lat 90. ubiegłego wieku, pojawiając się jak mieszkaniec innej galaktyki w Warszawie i mówiąc, że tu jest ciekawie i w sumie cool. Osobnym elementem, który wpłynął na zaproponowanie przestrzeni, tudzież udziału w projekcie Etgarowi, jest zastanawiająca sytuacja sprzed pół roku, kiedy to pojawiła się plotka, że Etgar Keret kupił w Warszawie mieszkanie, czego dowodem miał być fakt, że jakoby w lipcowy poranek widziano w pewnej kawiarni człowieka łudząco do niego podobnego w towarzystwie dziewczyny przypominającej Shirę Geffen oraz psa-mopsika (który podkreślał ich zakorzenienie w Warszawie, bo przecież kto przy zdrowych zmysłach lata na wakacje z mopsem…), spożywających leniwie croissanty z kawą. Pomyślałem wtedy, że – niezależnie od tego, czy to rzeczywiście był Keret czy nie – my tego Kereta bardzo potrzebujemy, tak jak potrzebujemy lekko rugającego nas, acz przychylnego Normana Daviesa. Ale wracając do pytania: dom pisarza jest w tym przypadku zestawem rozrzuconych na półpiętrach, odseparowanych funkcji, gdzie najważniejszą jest znajdująca się na szczycie schodów funkcja biurka-stanowiska pracy z widokiem na wolską ulicę.
Nie jestem pewien, czy byłbym w stanie myśleć o domu robotnika bez modernistycznych obciążeń typu: podwieszenie na środku salonu worka bokserskiego rodem z rysunków Le Corbusiera lub podporządkowanie całego domostwa naprawdę dużemu zestawowi medialnemu oraz pstrokatemu „wypoczynkowi narożnemu”. Niewątpliwie momentem, w którym potwierdza się „służebność” zawodu architekta, jest konkluzja, że jednak to nasz klient, że to on a nie my, będzie w projektowanym przez nas domu mieszkać. Co do pytania o element determinujący: najlepszym gruntem do działania architekta są ograniczenia, to one, w przeciwieństwie na przykład do praktyki projektanta mebli, najbardziej rozbudzają wyobraźnię, kierują w stronę rozwiązań, które w innym przypadku nigdy by nam nie przyszły do głowy. Osobowość zleceniodawcy też może być tu znacząca, bo długotrwałość procesu projektowania i budowy oznacza bycie „skazanym” na dobre relacje z kimś, kogo intymność, chcąc nie chcąc, poznajemy. Dlatego dobrze jest umieć się zawczasu rozstać z klientami, którzy nam nie odpowiadają, jeśli to oczywiście możliwe.

A co z estetycznym wymiarem projektu? Czy obecnie mamy do czynienia z innym pojmowaniem formy?

Mam wrażenie, że pływamy w wielkiej, coraz bardziej gęstniejącej zupie różnych ingrediencji, z których dopiero wyłoni się jakiś smak, może oczywisty, może wielowarstwowy. Nadmiar ekspresji zionącej z kolorowych zdjęć milionów nowych realizacji może być nużący, ale myślę, że powoli udaje nam się „rozpracować” dogmaty modernistyczne, tak by stały się sensowną, nieparaliżującą podstawą nowego smaku wspomnianej już zupy. Myślę, że trudno jest mówić o nowej estetyce, bo radykalnie nowe pojęcia pojawią się dopiero w wyniku jakiejś dramatycznej przemiany dziejowej (albo ją zapowiedzą). To dramatyczne wydarzenie stanie się pożywką nowej sztuki lub architektury. Na razie mamy do czynienia z wariacjami różnych form sublimacji form oraz technologii i nawet wyznawcy „kościoła parametrycznego” nie oferują według mnie niczego przełomowego w sferze pojęć podstawowych, dając nam za to nowe narzędzia, które pod wpływem zewnętrznego impulsu któregoś dnia mogą dać coś naprawdę nowego. Pamiętajmy, że dzisiejsza architektura, również w sensie estetycznym, jest wynikiem wielkich procesów przemian ostatnich dwóch wieków, a nie czyichś intencjonalnych gestów. Zmieniły nas wojny, upadek arystokracji, wzrost nowej klasy średniej, łatwiejszy dostęp do technologii na co dzień, zanikanie stałej służby domowej, konieczność zapewnienia tanich mieszkań milionom powojennych bezdomnych itd. Być może to „nowe” przyniosą wielkie zarazy i kataklizmy. Mimo małych, ekonomicznych trzęsień ziemi jesteśmy tak pewni siebie, że aż wołamy o jakąś wielkoskalową niespodziankę.
Teraz z kolei mamy do czynienia z powrotem do przedsocjalistycznej bezwzględności XIX wieku, z galopującymi cenami nieruchomości, rozwarstwieniem społeczeństw, zagęszczaniem centrów miast i tworzeniem niby- miast-ogrodów wokół większych aglomeracji itd. Oglądając foldery reklamowe nowojorskich wieżowców i podlondyńskich deweloperskich miasteczek z lat 20. poprzedniego wieku, odnoszę wrażenie, że wróciliśmy do tej samej retoryki, która pozwalała sprzedać sto lat temu ciemne mieszkanie na siódmym piętrze Librado Romero na Manhattanie, a która dziś niezmiennie wysyła nas w przestrzeń lepszego życia na osiedlu Lipowa Aleja. Co do estetyki: nie ma ona specjalnego znaczenia, jeżeli rozumieć ją jako „styl”. Do funkcjonowania i do przeżywania uczuć, zwłaszcza uwznioślenia naszego marnego życia, potrzebujemy znaków i pojęć, które wymagają odpowiednich konfiguracji. Dzięki Bogu, już nie musimy układać ich wobec jakiejś jednej, narzuconej formy organizującej.

 

Czy taki architekt-wizjoner jest zarazem krytykiem?
Uważam, że architektura krytyczna istnieje, ale wymaga odwrócenia relacji zamawiający – klient (chyba, że projektant jest nośnikiem krytycznego przekazu zamawiającego). To odwrócenie pcha też nas w stronę poszerzenia pojęcia architektury do rozumienia jej jako działania harmonizującego ludzi z przestrzenią, a nie faktu budowania domów. Do tego zazwyczaj potrzeba inicjatywy projektanta, który wypowiada się poprzez zaproponowanie przy pomocy narzędzi architektonicznych medium mającego do rzeczywistości odnieść się albo wręcz ją zmienić. Tu z kolei zaczynamy wchodzić w przestrzeń sztuki, bo większość teoretyków i samych architektów rozumie architekturę jako działalność ściśle służebną. Przykładem tworzenia architektury krytycznej są według mnie realizacje Sami Rintala, N55, Dotleniacz i Wulkan Umea Joanny Rajkowskiej, Dom Hermana czy wreszcie moje ostatnie dwa projekty. Chodzi tu o proponowanie medium służącego przemianie poprzez dostarczenie nowych doznań i wywołanie refleksji, które nie pojawiłyby się w przypadku obcowania z większością obiektów pełniących funkcję z już dostępnego zestawu przy pomocy standardowych rozwiązań. Nie wiem, czy Joanna Rajkowska się ze mną nie zgodzi, ale uważam, że wymienione powyżej jej projekty spełniają określone (i to zwłaszcza przez samych użytkowników) funkcje.

Skoro, jak twierdzisz, nowe trendy są często modyfikacją lub wariacją na temat starych metod konstrukcji przestrzeni, to architekta nazwiemy reinterpretatorem…

Jestem przekonany, że nic się tu nie zmieniło – powinniśmy tworzyć organizujące się w taki czy inny sposób harmoniczne struktury czyniące nasze życie lepszym, wbrew inercji osiągniętego status quo, ograniczeniom finansowym i pazerności. Organizatorzy przestrzeni czy jak wolę – synchronizatorzy – muszą mieć wizję efektu, pośrednich efektów bądź zasad rządzących „nowym”. Rzecz w tym, że postawa modernistyczna, w istocie czerpiąca z renesansowego przekonania o wyższości człowieka wobec natury, pozwalającego na ingerencję w nią w imię dobra ludzi, doprowadziła do postawy dogmatycznie intencjonalnej. Wobec widocznych ograniczeń lub wad świata zastanego projektant i polityk narzucali jedyne możliwe rozwiązanie docelowe, niebiorące pod uwagę organiczności przemian rządzących jednostkami, społecznościami czy całymi cywilizacjami. Postawa taka doprowadziła do tworzenia sztywnych struktur, jedynych możliwych lepszych stanów, do których „sprzedaży” służyły argumenty higieniczne, ergonomiczne, komunikacyjne, same w sobie zresztą zazwyczaj sensowne. Problem w tym, że w połączeniu z normalizacją, realiami ekonomicznymi, brakiem respektu dla przeszłych dokonań i wielką skalą działania rozwiązania te z idealnych systemów zamieniały się w niezdające egzaminu, ograniczające nas, maszyny do życia. Jednak fakt funkcjonowania w nieudanej wizji modernistów nie zwalnia nas od wyobrażania sobie przyszłości i realizacji tych wyobrażeń. W Polsce z jakichś powodów słowo „wizjoner” ma negatywne konotacje, a to właśnie ludzi z wizją (i rozsądkiem) temu intelektualnie uwtórnionemu krajowi potrzeba.

W takim razie, czy jest możliwe skonstruowanie tej harmonii ludzi z przestrzenią miejską? Da się zapanować nad architekturą miasta?
Nie wydaje mi się, żeby możliwe, pożądane i zgodne z naszym temperamentem było przesadne panowanie nad przestrzenią miast. Lepiej spojrzeć na nas jako tych, którzy potrafią budować nowe pojęcia zgodne z naszymi potrzebami oraz uwarunkowaniami i kierują się w stronę lepszej przyszłości. Dla przypomnienia dodam, że inaczej niż w Belgii, Niemczech czy Holandii, mamy wciąż mocno zalesiony kraj, gdzie większość współczesnego, „zbudowanego” świata jest brzydka, tandetna i nieprzemyślana, mamy kilka nieuregulowanych rzek, jak chociażby Wisłę, mamy zbytnio scentralizowany kraj, a jego miasta są na skraju niewydolności komunikacyjnej wynikającej z ich monocentrycznej organizacji i nieprzemyślanej oraz niedoinwestowanej infrastruktury. Mimo tego, że mamy ciekawy potencjał naturalny, nie potrafimy z niego korzystać. Kraj organizowany jest (w najlepszym wypadku) według powstających w zbyt krótkim czasie projektów i pod wpływem ścigania się z jak najtańszą ofertą planów miejscowych, które unikają rozwiązywania podstawowych problemów i podejmowania dalekosiężnych celów. Mamy raczkujący samorząd, umierający system emerytalny, dla którego jedyną alternatywą jest często przydomowa produkcja warzyw na działkach. Mamy wciąż aktualną postawę roszczeniową wobec państwa oraz do bólu upolitycznioną i skorumpowaną rzeczywistość, w której odpowiedzialni za cokolwiek, w tym za przestrzeń, urzędnicy, mimo dobrej woli, w imię utrzymania stanowisk powinni nie podejmować żadnych ważnych, a co za tym idzie – kontrowersyjnych decyzji. Mamy ciekawy, zróżnicowany klimat, w tym chimeryczny klimat kontynentalny w Warszawie. Tkwimy między Wschodem i Zachodem i właśnie przeżywamy magiczne pięć minut po zalegalizowaniu nas jako Europejczyków. To wspaniały moment do tworzenia wizji nowych przestrzeni, tylko po jakiego diaska miałyby one być jednolite?

 

Jakub Szczęsny (ur. w 1972 r.) należy do grupy Centrala, która projektuje budynki, plany urbanistyczne, wnętrza, wystawy oraz instalacje przestrzenne. Ukończył Wydział Architektury Politechniki Warszawskiej, studiował w szkole Paris La Défense i na Wydziale Architektury Escola Tècnica Superior D’Arquitectura w Barcelonie. Wykłada na barcelońskim Institute for Advanced Architecture of Catalonia i jerozolimskiej Bezalel Academy of Art and Design, kuratoruje wystawy dotyczące przyszłości Warszawy, rysuje komiksy. Od 2007 r. realizuje wraz z Fundacją Bęc Zmiana projekt Synchronicity. W 2009 r. w ramach warszawskiego Festiwalu Wola Art w szczelinie między budynkami przy ul. Chłodnej 22 i ul. Żelaznej 74 zaprojektował instalację pt. Ermitaż. To najwęższy dom w Warszawie, który w najszerszym miejscu ma 155 cm. Ermitaż będzie miejscem pracy, samotnią, stworzoną dla wybitnego izraelskiego pisarza Etgara Kereta

www.centrala.net.pl

Tekst ukazał się w Notesie.na.6.tygodni – www.funbec.eu/notes

Dodaj komentarz